piątek, 5 października 2012

Gorzkie życie studenckie.

Rozpoczął się rok akademicki i ogarnął mnie wielki bałagan i zagięcie czasoprzestrzeni.

To powinna być notka na temat uniwerku i tego co mnie w nim maksymalnie denerwuje, ale myślę, że ciśnienie podniosłoby mi się na tyle, że nie mogłabym spać. I nawet nie chodzi o brak planu do późnych godzin nocnych przed zajęciami ani o jego zmiany.

Chodzi o to, że gdy naprawdę masz poważną sprawę do załatwienia, wszyscy odsyłają Cię do innych osób. Mówi się, że studenci powinni być tacy i owacy, rozwijać się, że jak robisz dwa kierunki to powinni Cię doceniać, że robisz dużo, że super, że nie siedzisz w miejscu. Że konferencje, koła naukowe, języki obce. Że nikomu nie odmawiasz pomocy. Że Cię coś INTERESUJE. Że mimo dwóch kierunków, zaliczasz wszystko!! W Twoim indeksie nie ma żadnej dwói, a obie średnie należą do przedziału wysokiego. Kiedyś dostawałabyś za tyle porządne stypendium . I co? I nic. W tym momencie nikt na to nie patrzy. Więcej z tego problemów niż pożytku. Idziesz na drugie studia z pasji i na każdym kroku dostajesz ścierką po twarzy. I nikt nie umie znaleźć rozwiązania! A osoby, które chcą Ci pomóc, niewiele mogą zrobić, bo z kolei innym osobom, ich zaangażowanie w pomoc się nie podoba. Państwo w państwie.

Naprawdę nie mam do tego nerwów.

Od studenta się wymaga. Student musi mieć określoną liczbę obecności, jak przekroczy, to ma problem. Z kolei prowadzący może odwołać sobie zajęcia w każdej chwili - i odrobić je kiedy chce albo i wcale. Wiadomo - w większości wolimy mieć wolne. Jednak gdy ktoś upiera się przy odrobieniu i mówiąc krótko : 'zarzuca' swoim terminem to już nie jest tak kolorowo. Co każdy z nas pewnie zna z autopsji.

Od studenta wymaga się terminowości, przekroczenie terminu skutkuje różnymi konsekwencjami, łącznie ze straszeniem, że nie zaliczysz, bo nie masz pieczątki/podpisu/szlaczka w swoim zielonym studenckim kajeciku. Albo ktoś postawił kropkę zamiast kreski. To też może być problem! Przecież Tobie MUSI chcieć się pisać daną rzecz i jeszcze przynieść ją na czas. A komuś się nie chce dać wpisu w terminie. Lepiej wyznaczyć sobie konsultacje. O godzinie dwudziestej piątej. A najlepiej wszyscy naraz! Wielka konsultacyjna impreza, hej!

Kolejną rzeczą są wspaniałe godziny otwierania sekretariato - dziekanatów. Chodź na wszystkie zajęcia, ale załatwiaj sprawy w ich godzinach. Bo przecież sekretariaty i dziekanaty czynne są do GODZINY 13/14 i nie ma, że więcej! Czasem problemem jest położenie PAPIERKA NA STOLE. Bo przecież DZIEKANAT JEST ZAMKNIĘTY. Położenie papierka na stole jest OGROMNYM WYSIŁKIEM. Pamiętajcie o tym, gdy niestety przyjdzie Wam taki dokumencik gdzieś kłaść. Lepiej zrezygnujcie, bo potem mogą pojawić się wyrzuty : czy aby na pewno ktoś się nie przemęczył?

A jakim wysiłkiem jest przybicie pieczątki? PRZEOGROMNYM!

Rzecz kolejna - ty, drogi studencie, masz dokładnie znać swoje obowiązki i regulamin studiów. Odważ się zrobić coś nie tak - zaraz będziesz straszony mejlami o skreśleniu/ płaceniem kasy (Ja naprawdę nic nie zrobiłem! To profesor Franek podpisał się podpisem żony!). W regulaminie napisano też na przykład ładnie: Plan zajęć dla studenta ma być dostępny tydzień przed rozpoczęciem roku akademickiego. Niestety, dla niektórych z zarządzających na różnych wydziałach i uczelniach (bo wiem, że nie tylko moim)czas płynie trochę jak w grze The Sims. Kto grał, ten zrozumie.

Na koniec gorzkich rozczarowań, których jest więcej, ale szkoda mi już literek, wspomnę tylko o ilości PAPIERÓW wypełnianych przez wszystkich dookoła. Już nie mówmy nawet o lasach, ekologii i innych takich, ale pomyślny ile to powoduje CHAOSU u samych sfer zarządzających uczelnianymi przybytkami. Wystarczy wszystko przenieść do komputera. W XXI wieku, to żadna filozofia. Wykładowca klika sobie co tam dostałeś, pani w dziekanacie ma to wyklikane, policzone i nie musisz z niczym biegać.

Podania też składać mejlowo. Oszczędność powietrza na korytarzu (kolejki) i nóg (od stania i biegania) gwarantowana.

Ja w mojej pracy musiałam wiedzieć, że najpierw wlewam popcorn, potem sól, a potem olej. Pomyłka kosztowała mnie siedzenie w cudownym smrodzie i poirytowanie supervisorów. Tutaj, nikt nie wie nic. Nie wiem dokładnie czy niektórzy wiedzą, co tu robią. Że studenta naprawdę mało interesuje, że ZMIENIONO NAZWĘ CZEGOŚ I NIE MOŻE DOSTAĆ IOS, BO NIE MA NA TO NAZWY. CO TERAZ? "Przyjdzie Pani". Kiedy? W grudniu, po południu (sic!)

Naprawdę szkoda byłoby mi to wszystko rzucać w pierony. Ale kosztuje mnie to o wiele więcej zdrowia niż sprawy zdrowotne, które powinny mnie obchodzić.

Jest mi smutno i źle i - do JEDNEGO WIELKIEGO DUPSKA - nie umie mnie to wszystko nie obchodzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz